Blaski i cienie wielodzietności

Spędzanie czasu w domu z wszystkimi dziećmi przez tak długi czas jak trwanie okresu kwarantanny sprzyja refleksjom nad wielodzietnością. Poza faktem, że jest mi po prostu dobrze, gdy wszyscy są w domu i spędzamy czas razem, to mam teraz szczególną okazję by zaobserwować jak bardzo zmieniło się moje macierzyństwo przez ostatnie lata.

Zawsze pragnęłam mieć dużą rodzinę, na długo jeszcze za nim zostałam matką. Teraz myślę sobie, że takie marzenia, choć piękne, najczęściej są jednak tylko porywem serca, które nie przewiduje, że życie bywa o wiele bardziej skomplikowane. Szczególnie gdy w grę wchodzą dzieci…

A jednak, choć trud posiadania dużej rodziny, jest czymś czego ja osobiście jakoś nie brałam w kalkulacje w moich marzeniach, to nie tylko nie żałuję, ale dopiero teraz mogę powiedzieć, że naprawdę czuję jak macierzyństwo przemienia mnie jako osobę i dopiero teraz w pełni pozwala się cieszyć każdym z moich dzieci z osobna.

Nie, żebym się wcześniej nie cieszyła każdym z nich. Ale mam wrażenie, że tyle miałam celów, priorytetów, planów odnośnie moich dzieci i mnie samej jako matki, że samo bycie z dziećmi czasem gdzieś ginęło pośród nich. I dopiero teraz, gdy moje najmłodsze dziecko – córeczka – jest takie maleńkie, odkrywam, że największym darem, jaki mogę jej dać jest po prostu być przy niej, wpatrywać się w jej roześmiane oczy i obdarzać ją całą sobą, choćby w tej jednej krótkiej chwili.

Kiedyś napisałam wiersz, będący refleksją nad tym, w jaki sposób miłość jest źródłem szczęścia, ale napisałam ten wiersz z perspektywy moich wspomnień jako dziecka. I zastanawiam się jak to możliwe, że odkrycie tego samego z perspektywy rodzica nie przyszło wcale tak od razu. Końcówka tego wiersza Potok brzmi:

„Szczęście jest chwilą, nie sumą, nie istnieje

matematyka szczęścia, zespół czynników

czyniących szczęśliwym. Pełnia bycia

ukryta jest pośród czasu, niedostępna

kalkulacjom. Jest tylko momentem, w którym

ja osiąga pełnię w uczuciu kochania. Warunki bytowe,

bezpieczeństwo, spokój nie dadzą szczęścia bez tej

jednej chwili, gdy ja jestem odbita w oczach drugiego.

Cała, ze wszystkimi ranami, z całym moim bólem i buntem.

Przyjęta, nie osądzona.

Ja”

Niby to wiedziałam – jako rodzic – wcześniej, a jednak moje pragnienie uczynienia dzieci szczęśliwymi według pewnego modelu – ofiarowanie im szczęścia jako dobrej edukacji, zdrowego odżywiania, dostarczania wielu wrażeń i możliwości rozwoju, zapewnienie im szans na samorealizację – to wszystko, choć samo w sobie dobre, przesłaniało mi w pewnym sensie to, że ostatecznie miłość to ten moment, w którym ja – cała – ofiarowuję się ukochanej osobie, choćby to była chwila, spojrzenie, radość wspólnego bycia, gdzie wszelkie troski, plany i marzenia wobec dzieci odchodzą na dalszy plan i to wszystko przestaje być ważne wobec tej chwili, która jest i w której ja przyjmuję moje dziecko takie, jakie ono jest, bez wielkich planów na przyszłość, bez oczekiwań, bez miliona pomysłów na to, jak wesprzeć jego edukację albo jak zadbać o jego zdrowie.

Jestem.

Jestem teraz, tutaj, dla mojego dziecka. I kiedy widzę blask w jego oczach – czy tego najstarszego, środkowego czy najmłodszego, wiem, że ono też jest. Jest sobą, jest takie jakie jest i w tym właśnie jest najpiękniejsze i naprawdę nieważne co będzie jutro. Jeżeli tylko znów połączy nas ten moment gdy ja ty spotyka się, choćby na chwilę w całkowitej akceptacji, to miłość doda nam sił by trwać dalej i pokonywać wszelkie trudy. Tam, gdzie ja jestem i tam, gdzie jesteś ty, tam jest Ten, który Jest. Tam właśnie jest miłość.

I choć to brzmi tak prosto i zwyczajnie, to prawda jest taka, że to wcale takie proste nie jest. Spojrzeć komuś w oczy i zaakceptować go całkowicie? Myślę, że to nie jest takie proste, bo często nie rozumiemy, nie zgłębiamy do końca, czym jest prawdziwa akceptacja. Jakieś pół roku temu przeczytałam ciekawy tekst psychologiczny dotyczący uczuć dzieci ciężko, nieuleczalnie chorych. Okazuje się, że dzieci te często nie czują się w pełni akceptowane przez rodziców – sic! i to często tych rodziców, którzy stają na głowie, żeby znaleźć leczenie dla swojego dziecka! – ponieważ czują, że rodzice nie godzą się na ich chorobę. Takie to mi się wydawało szokujące. Czy naprawdę dziecko może nie czuć się akceptowane przez rodzica, który walczy o jego życie, tylko dlatego, że w rodzicu nie ma zgody na chorobę?

A jednak przyszło mi – szczęśliwie tylko do pewnego stopnia – samej tego doświadczyć. Kiedy moja maleńka, ledwie czterotygodniowa córeczka – zaczęła pewnej nocy doświadczać bezdechów i w szpitalu podjęto liczne badania i sugerowano mi poważną wadę serce, wewnętrznie w pewnym sensie zaczęłam się zmagać z tym, że ja nie chcę takiej choroby, a jednocześnie czułam, że jeżeli nie chcę choroby, to czy rzeczywiście pragnę dziecka, które z tą chorobą najprawdopodobniej się urodziło? Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że niezgoda na cierpienie ukochanej osoby także jest niezgodą na samą osobę. Kochać to znaczy także przyjąć drugiego człowieka w jego cierpieniu, umieć pogodzić się z tym, umieć zaakceptować to, że druga osoba wnosi cierpienie także w moje życie. (Choć to wcale nie oznacza, że mam nic z tym nie robić i nie starać się wszelkimi siłami pomóc i np. znaleźć leczenie – liczy się jednak postawa serca i moja zgoda może nie tyle na to, że cierpi ktoś kogo kocham (czy to w ogóle możliwe?), co na to, że to oznacza cierpienie także dla mnie). Dla mojej córeczki wszystko się szczęśliwie zakończyło. Dla mnie pozostała zaś ta lekcja – wszelkie moje plany i zamierzenia wobec moich dzieci są niczym wobec tej jednej chwili całkowitej, totalnej akceptacji.

A dlaczego zaczęłam od wielodzietności? W sumie to może ja jestem na tyle mało pojętna, że dopiero przy większej liczbie dzieci uczę się podstawowych prawd o miłości? Może innym wystarczy jedno dziecko? Może. Pewnie na tym polega piękno różnorodności, że nie ma przepisu na idealną liczbę dzieci. Niemniej dla mnie wielodzietność jest wielkim darem i radością i to także wtedy gdy staje się ona źródłem trudu a nawet cierpienia.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s