Macierzyństwo fragmentarycznie. 1

Nigdy nie lubiłam listopada. Niemrawa szarość krótkich dni, brudna mokrość chodników, po których spływały strugi podeszczowej wody, to wszystko zawsze napawało mnie depresyjnym uczuciem. Łykając coraz to kolejne kapsułki z witaminą D tylko oszukiwałam się, że to minie, że jestem w stanie zwalczyć otępienie. Zaszywałam się w domu, moszcząc sobie miejsce na górze poduch, wśród wełnianych kocy, zatapiając się w książkach.

Macierzyństwo na początku niewiele chyba tu zmieniło. W listopadzie przestawałam nawet wychodzić z dziećmi na spacery. Może tyle, że potem jako matka nie zaszywałam się wśród swoich własnych książek, a raczej rozpoczynałam maraton czytania dzieciom. A może nawet podskórnie zaczęłam lubić te długie wieczory wspólnych lektur, księżniczek ukrywających się przed goblinami, majestatycznych lwów i wojowniczych krasnoludów… 

A jednak ten miesiąc spadających liści ma swoje nieskrywane zalety. Może to zaduma nad naszymi bliskimi zmarłymi, nad zamieraniem przyrody, nad smutnymi, ogołoconymi drzewami, ale listopad skłania do spojrzenia wstecz, do zrobienia rozrachunku ma, nie ma, był, stracił. 

Czy ja też mogę robić taki rozrachunek? Jestem przecież całkiem jeszcze młodą wielomatką, moje dzieci jeszcze nie wkroczyły w te owiane koszmarną aurą lata nastoletnie. A jednak i mnie listopad skłania do myśli o tym, jak wiele się zmieniło w moim życiu. I teraz gdy idę przez sosnowy las, a wilgoć jesieni nasącza mech, wydobywając z niego odblaskową niemal zieleń i rozbudza zapach igieł, grzybów i całej tej bajecznej roślinności myślę nagle, że uwielbiam listopad. 

Idziemy całą zgrają, ja, piątka dzieci i dwa psy, nieraz rozchodzimy się w różne strony, któreś ze starszych dzieci wysforowuje się naprzód, młodsze zawsze ciągnie się za nami, psy biegają od jednego do drugiego, a środkowy syn tańczy naokoło nas, wymyślając historie o ścieżce Baby Jagi i drzewach, które zaczarowała. Wyrastający przed nami brzozowy gaik wśród strzelistych sosen rozbudza wyobraźnię i staje się czarodziejską krainą pełną skrytych tajemnic, a kłująca w oczy pośród zielonego mchu czerwień muchomora, pełna białych kropek, zapowiada niebezpieczne przygody. Dziecięca wyobraźnia przeobraża postrzeganie świata nawet przez dorosłego. I nagle odkrywam, że mój świat też się zmienił, nie jest już światem czarno-białym, tylko raczej bajecznie kolorowym, pełnym niuansów i trudnych do wyrażenia przeżyć. 

Zziębnięta siadam po spacerze by móc spisać choćby przez chwilę tętniące w głowie myśli.

Czym jest dla mnie macierzyństwo?

Ciszej bądź! Dlaczego Ty musisz tak wiecznie hałasować?! Nie mogę przez Ciebie pisać. Jak chcesz hałasować, idź proszę do swojego pokoju. Ale ja nie chcę, tam jest nudno. A mi przeszkadza, że tu hałasujesz, tam możesz hałasować do woli. 

Dlaczego on musi tak ciągle hałasować? Najstarsze dziecko, a jego nieustanna skłonność do głośnych i szaleńczych zabaw jest dla mnie źródłem ciągłej irytacji. Właśnie wstał, trochę na mnie obrażony i poszedł szykować podwieczorek dla całej rodziny. Bo on po prostu lubi to robić. Kocham go. W swoim szaleństwie jest taki nieobliczalnie cudowny. Nad moją głową właśnie przeleciała piłka. Nie mogę się skupić. Muszę jakoś zebrać myśli. Biorę grejpfrut, jego gorycz ma w sobie coś otrzeźwiającego, a właśnie zaczął się sezon. To uczucie goryczy, które sprawia mi teraz taką przyjemność uświadamia mi, że jak wszystko, macierzyństwo też jest taką mieszanką cudowności i goryczy. Zawsze chciałam mieć dużo dzieci, ale czy wiedziałam co to będzie dla mnie oznaczać? I nie, nie chodzi o nieprzespane noce, których nie jest wcale aż tak znowu dużo, człowiek się przecież przyzwyczaja, zresztą czym byłoby życie bez porannej kawy i tego rozkosznego uczucia rozchodzącej się po ciele energii. Chodzi o mnie. O to kim się stałam, kim jestem a kim mogłabym być. Czytałam kiedyś artykuł o tym, że dzieci rozwijające się w łonie swych matek, zostawiają w ich ciałach swoje komórki i że ich ślady można odnaleźć dziesiątki lat później. A więc jestem złożona z DNA piątki ludzi, poza moim własnym. Czy to biologiczne odkrycie oddaje jednak rzeczywistą zmianę jaka zachodzi w psychice kobiety?

Mamo, poczytasz mi „Pomelo śni”? Nie teraz, teraz piszę, mogę ci poczytać później. Ale ja chcę teraz. Rozumiem, ale ja teraz jestem zajęta, pobaw się drewnianymi klockami. Ale ja już się bawiłam.

Porozrywana rzeczywistość, fragmentaryczność czasu, składającego się z całkiem różnych odcinków. Część mego umysłu próbuje sklecić w słowa sens, który prawie już chwytam, gdy przed nosem ląduje mi książka z natarczywym żądaniem przeczytania tu i teraz. Udaje mi się wymknąć, ale tylko na chwilę; jednocześnie, myśl prawie już uchwycona oddala się niepostrzeżenie.

Zmiany świadomości są niewątpliwe. Nieustanna konieczność zmieniania frontów, na których właśnie prowadzę wojnę, czająca się z tyłu głowy myśl, że obiad właśnie się gotuje i za chwilę muszę porzucić klawiaturę, by zająć się pokrętłami kuchenki; to wszystko tu i teraz rozrywa na kawałki moje przeżywanie świata. Czy da się to sklecić? Czy można zebrać razem rozbite kawałki dzbana? Ponoć Chińczycy lepią utłuczoną porcelanę za pomocą kleju ze złotem i efekt takiej porcelanowo-złotej mozaiki jest piękniejszy niż przed rozbiciem. Czy istnieje złoty klej, który pozlepia moją rzeczywistość, czyniąc z niej coś więcej niż tylko rozbite kawałki codzienności, podzielonej na gotowanie, zabawę, próby pracy, sprzątanie i całą masę innych czynności, których nie ma nawet sensu spisywać. Albo czy jak Gaudi mogę poskładać moja codzienność jak mozaikę połamanych kafli i uczynić moje życie dziełem sztuki?

Mogę powiedzieć, że takim złotym klejem czy spoiwem mozaiki mego życia jest miłość, co oczywiście jest prawdą. Ale ja nie lubię górnolotnych i prostych odpowiedzi. Miłość sama w sobie jest pełna niuansów i jak ten grejpfrut, którego wyjedzone połówki leżą teraz obok komputera, także fascynującej goryczy. 

Za moimi plecami rozlega się dziki śmiech trzylatki, kotłującej się na podłodze z psem. Spoglądam wstecz i jak film poklatkowy moja pamięć przywołuje obraz innej dziewczynki – dwulatki może – wrzucającej bokserowi kamienie do wiadra. Mówili, że nikt tak troskliwie jak ten, groźny bądź co bądź, pies nie opiekował się mną i nie znosił moich szaleństw. Czy ja też tak głośno się śmiałam, kiedy zanurzał całą głowę razem z uszami w wiadrze, by wydobyć dla mnie kamień? Pamiętam wiejski dom i smołę, którą wujek smarował dach, i pobrudzone nią różowe spodenki, rozpoznałabym do dziś ten odcień. I ta jagodzianką, z którą nieopatrznie weszłam do kurnika, i łzy i rozpacz; zamykam oczy i mogę wciąż przywołać to uczucie, gdzieś z głębi, jakbym wciąż się bała, że szczęście, które trzymam drżącymi rękoma zostanie wyrwane.

Ona się nie boi, tarza się, a Aida liże jej twarz, i te piski śmiechu, co rozdzierają powietrze i mój mózg. Nie ma sensu ingerować, nikt mnie nie posłucha; prędzej może pies niż córka. Ta konstatacja, że oto nie wymagam już od mojego dziecka bezwzględnego posłuszeństwa, może wręcz godzę się powoli z faktem, że stanem podstawowym – stanem zerowym nazwijmy to – jest bycie zignorowaną,  zaś bycie wysłuchaną przez dzieci jest czymś jak premia – niespodziewana wartość dodana; ta konstatacja, jak mówiłam, rodzi we mnie raczej poczucie winy, że nie zawsze tak było; że jak mój pierworodny syn był mały, każda sytuacja, w której nie słuchał się mnie od razu, była dla mnie szokiem i szybko rodziła zdenerwowanie. 

Pamiętam tamten czas. Przecież zawsze chciałam być matką, a teraz nagle odkryłam, że coś jest nie tak. Szybko pojęłam, że to we mnie coś jest nie tak, dziecko to w końcu tylko dziecko. Nie nadaję się po prostu do bycia matką, to wszystko jest straszliwą pomyłką. Ctrl-A; Delete. Tylko, że tak się nie da. Nie mogę cofnąć czasu, przestać być matką, złożyć dymisję. Przecież nawet oddając dziecko do adopcji, pozostaje się matką; tego nie da się wymazać; czyż zawsze ostatecznie nie osądzamy się miarą dałam radę/nie dałam rady? Ślad DNA dziecka w moim genomie, te niedające się wyprać plamy po cieknącym z piersi mleku na mojej najlepszej bluzce, spękana skóra na brzuchu zostają na zawsze. Może tylko bluzkę kiedyś wyrzucę. Ale nie eryguję ze świadomości faktu bycia matką. 

I ta dusza. Pamiętam jak kiedyś usłyszałam, że powołując do istnienia dziecko, współstwarza się z Bogiem duszę, która istnieć będzie w nieskończoność. Nieskończoność, nieważne czy policzalna czy continuum, nie ma końca. I nie będzie końca tej duszy, którą poraniłam. Mój krzyk i złość pozostaną na zawsze w jej – czy raczej jego – pamięci. 

Mamo, chcę zagrać. Przeszywa mnie dziwna radość. Już zaraz, chcę jeszcze przez chwilę coś napisać. To ja wezmę tablet. Czy to nie dziwne, że cieszę się, że on chce grać? Nie. Wiem jak bardzo to jest mu potrzebne, żeby doskonalić swoje umiejętności szachowe. Błogosławieństwo online’owych społeczności szachowych jest naprawdę duże. Zajęcia klubowe, prywatne lekcje z trenerem nie wystarczą już. Potrzeba codziennej intensywnej gry, by stawać się mistrzem. A ja już nie mam z nim szans. Wystarczy mu kilka minut, by rozbić w pył wszystkie moje strategie. Niesamowite jak wcześnie przyszedł ten moment, oto dziecko przerosło rodziców i mogę już tylko z bezradnością patrzeć na błyskotliwe rozgrywanie debiutów szachowych. Nawet zawodowi szachiści twierdzą, że nie mogą pozwolić sobie na chwilę rozproszenia podczas partii z nim. Choć to właśnie skłonność do rozproszeń jest jego największą słabością. Trochę mi głupio, że nie zbieram w szkatułce jego medali, już dawno większość gdzieś zapodziałam na dnie szuflad. Jeszcze tylko ten najważniejszy złoty leży cały czas na wierzchu. 

Moje strategie rozbite w pył… To nie dotyczy tylko szachów. Całe moje macierzyństwo jest jak jedna wielka rozbita strategia. Nie da się planować daleko w przód, można tylko próbować naprędce wykoncypować najbliższe ruchy; ciągłe zmiany; ciągłe dostosowywanie się do strategii przeciwnika… Tylko, że rodzicielstwo nie jest przecież grą wygrany-przegrany. Powinniśmy grać z dzieckiem tak, abyśmy obydwoje byli wygranymi w tej wielkiej grze życia. 

4 uwagi do wpisu “Macierzyństwo fragmentarycznie. 1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s