Macierzyństwo fragmentarycznie. 2

Nadszedł grudzień ze swym ostrym, przenikającym przez warstwy puchowych kurtek mrozem. Palce kostnieją i po raz kolejny zgrzytam zębami, że muszę jeszcze jeden i jeszcze raz nakładać pięciopalczaste rękawiczki na trzydzieste już, a może czterdzieste skostniałe paluszki z rzędu. Bo dzieci oczywiście uwielbiają pięciopalczaste rękawiczki, tak jakby na złość moim, zsiniałym już od mrozu.

Biorę głęboki oddech, albo może próbuję, bo mróz wdziera się do płuc. Nie, nie na złość, nie chcę tak myśleć, oni są po prostu sobą, tylko ja z popękanymi z zimna policzkami i jednocześnie z kroplami potu spływającymi pod wełnianym szalikiem, czuję pod skroniami tętniącą nerwowość. Chciałabym już po prostu ruszyć do przodu, bez nieustannego zakładania zrzucanych rękawiczek, bez poprawiania przekrzywionej czapki i dopinania wpół rozpiętej kurtki. Jeszcze jedna próba wzięcia głębokiego oddechu i ruszam na przód z nadzieją, że tym razem nie zatrzymamy się wcześniej niż za dziesięć metrów. Jaka szkoda, że nie wzięłam ze sobą czekolady, czasem mam wrażenie, że łykam ją jak pigułki na uspokojenie. Magnez, i jeszcze raz magnez, piję przecież dużo kawy, to muszę uzupełniać magnez, a naturalne źródła zawsze są lepsze. Powinnam jednak przejść na jakąś dietę warzywno-owocową, żeby wreszcie oczyścić organizm, i trochę schudnąć oczywiście, ale to może jak się zrobi trochę cieplej, będzie więcej świeżych owoców i warzyw, teraz jeszcze potrzebuję więcej energii jak jest zimno, a na wiosnę nie będę już miała żadnych wymówek i wtedy naprawdę – naprawdę – przejdę na dietę. Kilka szybkich kroków i udaje mi się wrócić do równowagi. Idziemy naprzód, jest sukces. I nagle z areny wewnętrznej walki – już sama nie wiem czy bardziej o opanowanie skołatanych nerwów czy o zmagania o, przyznajmy szczerze, odchudzanie – wkraczam znów w baśniowy świat, zmierzamy poprzez Dziki Las ku Tajemnym Wydmom, chwila konsternacji czy może nie powinniśmy znów skręcić w Ścieżkę Baby Jagi, ale tam przecież może być niebezpiecznie, nie, lepiej idźmy tędy, może odkryjemy nowe drogi. 

Moje myśli wirują jak w kalejdoskopie, ja sama idę naprzód pozornie nieporuszona, uśmiechając się lekko na coraz to kolejne szalone pomysły, manewrując ciężkim wózkiem między wystającymi na ścieżce pniami sosen. Córka trajkocze i co chwila domaga się mojej odpowiedzi, patrzę jej w oczy, myśląc jak bardzo pragnę, by wiedziała, że jestem teraz cała przy niej, zasłuchana, choć każda cząstka mojego ja zmaga się z czym innym. Ale ten jeden moment, to jedno spojrzenie wystarczy. W tym ułamku sekundy jestem z nią, cała. I zanim znów będę musiała wytrzeć chusteczką ciągle spływający mi z nosa katar, na ten jeden moment gdy nasze spojrzenia spotykają się, jestem z nią. 

Czy może się łudzę, że w tych ułamkach sekund można oddać się całą w miłości? 

Gdybym w to nie wierzyła, musiałabym oszaleć z rozpaczy. Mój czas, porozrywany na fragmenty, rozszarpywany przez bodźce dochodzące z zewnątrz, a czasem co gorsza z wewnątrz mnie, nie daje się poskładać, muszę go pozlepiać na nowo, tym spojrzeniem prosto w oczy; ręką, która gładzi schłodzone snem czoło; ulubioną zupą pomidorową, koniecznie z makaronem, bo z ryżem jest be. 

Znów biorę głęboki oddech i choć do nozdrzy wdziera mi się zapach zimowego lasu sosnowego, to do mnie dociera charakterystyczna woń dawnych książek, i myślami wertuję znów Wyznania św. Augustyna. Od kiedy po raz pierwszy przeczytałam je, będąc w liceum – siedziałam wtedy w swoim żeliwnym łóżku w pokoju o błękitnych ścianach, z mruczącym kotem, który wtulał mi się między nogi; zawsze zachwycały mnie jego rozważania o czasie i wieczności. Ta fascynacja pozostała mi do dziś, choć macierzyństwo nadało jej nowy posmak. Mój czas matki przestał być linearny, nie mam kiedy nużać się we wspomnieniach o przeszłości, a troski teraźniejsze sprawiają, że naprawdę nie chcę dywagować nad przyszłością. Mogę być tylko tu, teraz, bo jak przestanę się skupiać na tym, co się dzieje, to zaraz oberwę pracowicie zebraną śnieżką prosto w głowę, albo znowu wyrżnę wózkiem o korzeń. Ale czy to właśnie nie w tym kryje się cały sens wieczności? Jak to mówił, św. Augustyn (pardon, nie mam tu na myśli wyrżnięcia o korzeń), przeszłości już nie ma, przyszłości jeszcze nie ma, a przecież Bóg jest, a więc wieczność jest czymś poza czasem, co uchwycić możemy tylko w chwili obecnej, która jest, i choć ulotna jak motyl, wciąż wymyka nam się z rąk, to jeżeli jesteśmy wystarczająco uważni, możemy uchwycić ten moment, tę Obecność, blask Jego oczu, które pochłaniają całą duszę. I wtedy rzeczywistość przeobraża się po raz tysięczny i choć schylam się znów po rękawiczkę zrzuconą na ziemię, bo ciężko przecież podnieść patyk w rękawiczkach, to blask Spojrzenia, które na moment mnie ogarnęło, sprawia, że z czułością nakładam ją na małe paluszki. 

Wracamy zmęczeni, ale jakby odświeżeni mrozem, który wyostrza zmysły i rozbudza z niemrawego półuśpienia codzienności. I nagle wszyscy rzucają się do swoich aktywności, jedni do lektury, inni do zabaw czy malowania, podczas gdy najmłodsza śpi w wózku. A ja? Stoję chwilę w korytarzu, rozdarta pomiędzy poczuciem obowiązku i koniecznością przygotowania zupy, a pragnieniem zanurzenia się w poduchach na kanapie oraz w ulubionej poezji. Ileż razy toczyłam tę wewnętrzną walkę? Marzenia marzeniami, ale ciężar świadomości, że po spacerze naprawdę są głodni i jeżeli nie zrobię czegoś szybko, to wkrótce wszyscy będą mieli złe humory i wówczas i tak sobie nie poczytam, przygniata mnie. Na pocieszenie rysuję sobie słodką wizję tego, jak po nakarmieniu wszystkich, każdy znów zajmie się swoimi sprawami, włącznie ze mną. Z tyłu głowy pali mi się ostrzeżenie, że nigdy nie jest tak słodko, najmłodsza do tego czasu się na pewno obudzi i na zmianę to ona będzie wymagała nakarmienia, a dwulatka po obfitym jedzeniu będzie musiała koniecznie, ale to koniecznie, skorzystać z toalety i żadna poezja, czy to Rilkego czy Eliota, nie będzie miała wówczas pierwszeństwa przed prozą życia. Trudno. Walka wygrana na korzyść poczucia obowiązku, nadzieje na słodkie popołudnie dają mi chwilową nagrodę pocieszenia, nieważne, że zapewne okażą się mrzonką.

Tak po prawdzie, nigdy nie lubiłam robić zup. Inne dania to co innego, zawsze jest w nich pole do kulinarnej fantazji, ale robienie zup, to monotonne obieranie i siekanie jarzyn, a czasem i ziemniaków, ma w sobie coś tak nużącego, że równie dobrze mogłabym sama się pochlastać, wskoczyć ochoczo do garnka i dać ugotować, może przyniosłoby to jakąś ulgę. Gdyby jeszcze moje dzieci lubiły zupy kremy, albo zupy orientalne, mogłabym jakoś poeksperymentować kulinarnie, ale nie. Nasz standardowy zestaw – pomidorowa, ogórkowa, rosół, krupnik, ryżanka i ewentualne wariacje z dodatkowymi warzywami ( a to co? nienawidzę brokuła. nie będę tego jeść. wyjmij i zostaw z boku. ale tego jest za dużo. ) – przyprawia mnie czasem o mdłości. Trudno, zabieram się do roboty, siekam i siekam, a w głowie kombinuję już co zrobić na drugie danie, tak żeby i nam dorosłym sprawiło to przyjemność, i dzieciom smakowało; takie kombinacje mają w sobie coś artystycznego, dlatego oddaję im się w myślach podczas siekania warzyw i oto ciach, jak zwykle sieknęłam sobie nożem po palcu. To już trzeci, który jest aktualnie rozcięty. Nic to, szybko pod kran, zalewam wodą utlenioną i właśnie zakładam sobie plaster, gdy budzi się najmłodsza. A więc jednak obiad musi poczekać. Czy ja narzekam? Właściwie to nie, zawsze lubiłam improwizować, a życie rodzinne ma w sobie coś z wiecznej – a może Wielkiej? – improwizacji. Nawet Mickiewicz by mi mógł pozazdrościć tych scen nad garnkami, gdy rozważam teologię mistyczną św. Jana od Krzyża i jej ślady w Czterech kwartetach Eliota, jednocześnie poświęcając całe swoje jestestwo na rzecz tych bezbronnych istot, które zginęłyby z głodu gdyby nie ta, z rozlaniem własnej krwi zrobiona, ogórkowa.

Tak, czasem mam wrażenie, że moje życie aż nadto przypomina wielką literaturę, połączoną z fabułą filmów typu „zabili go i uciekł”. Tak, zawsze chciałam być matką. Ale w pierwszych latach macierzyństwa zaczęłam mieć wątpliwości czy się do tego nadaję. Odkryłam, że – niezależnie od miłości do moich dzieci – potrzebuję dużo czasu dla siebie, choćby był to czas spędzony tylko na rozwijaniu swojego życia wewnętrznego. Tylko czy rzeczywiście są kobiety, matki z najgłębszego powołania, które gotując zupę i pochylając się nad lekko wystającym nad wodę korpusem kurczaka, zamiast tak jak ja, rozpisywać jednocześnie w głowie rozprawki socjologiczno-filozoficznej na temat wpływu mediów społecznościowych na postrzeganie rzeczywistości (tu w grę wchodzą poważne zagadnienia epistemologiczne), najzwyczajniej w świecie z zimną precyzją odmierzają odpowiednią do objętości zupy ilość soli. Może są, i zapewne nie muszą potem wiecznie przepraszać domowników, że zupa jest niedosolona (albo, o zgrozo, przesolona). Ale z biegiem czasu coraz mniej wierzę, że jest ich aż tak znowu dużo. A może to ja przestałam przejmować się tym, że niesłona zupa (no, powiedzmy szczerze, że lista moich niedociągnięć jest jeszcze trochę dłuższa) nie jest aż taką ujmą na moim macierzyństwie. I kiedy wreszcie wszyscy są nakarmieni, wykupkani (język musi być niestety adekwatny do rzeczywistości), napici, przewinięci i zajęci swoimi sprawami, siadam do długo wyczekiwanej lektury poezji. To bezcenne chwile, które są dla mnie jak tlen w powietrzu codziennego życia; i choć lekturę przerywa mi po chwili dziki chichot niemowlęcia, które leży na dywanie, miziane po brzuchu przez pięcioletniego syna, myślę sobie, że ostatecznie w tej żonglerce codziennością, kontemplacją duchową, leśnymi spacerami i filozoficznymi przemyśleniami kryje się cały sens życia. Czyż dumne, nieraz do bólu rozdzierające rzeczywistość, wiersze Rilkego miałyby jakikolwiek sens bez prozy dnia codziennego, bez tych wybuchów śmiechu, bez niedosolonej zupy i moich przemrożonych palców? Czy nie byłyby wydmuszką, pod którą kryje się życie płytkie i pozbawione dosadnego sensu?

2 uwagi do wpisu “Macierzyństwo fragmentarycznie. 2

  1. „Czy nie byłyby wydmuszką, pod którą kryje się życie płytkie i pozbawione dosadnego sensu?”
    Znając Ciebie, to gdyby nie było dzieci, znalazłabyś sobie inny sens. 🙂

    Ciekawa jestem, jakie byłyby Twoje spostrzeżenia po przeczytaniu takich książek jak „Matka feministka” Agnieszki Graff albo cyklu neapolitańskiego Eleny Ferrante. Gdybyś kiedyś przeczytała, odezwij się!

    Polubienie

    • Hej Sylwio, dzięki za komentarz. Opis cyklu neapolitańskiego zaintrygował mnie, chętnie się z nim zapoznam. Co do Agnieszki Graff, to akurat jej nie czytałam, ale nie przepadam za książkami, które „odczarowują macierzyństwo”, jak te Sylwii Chutnik czy „Matecznik” Agnieszki Grzelak. Jakoś to zupełnie nie w moim duchu. Ja bym chciała ukazać magię macierzyństwa pomimo – a może właśnie ze względu na – cały trud.
      Uściski 😊

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s