Macierzyństwo. Interludium

Wszyscy śpią. Panuje cisza, jakiej za dnia rzadko mogę uświadczyć. Gaszę wszystkie światła i siadamy już tylko we dwoje na kanapie, zaraz przy wielkim oknie, za którym jest tylko las i nic więcej. Wbrew pozorom jest jasno – jedyni nasi sąsiedzi z prawej strony mają pełno lamp ogrodowych, które rozświetlają sosnowe pnie, nadając całemu widokowi niezwykły blask. Drzewa migoczą, wyłaniając się jakby z oddali z samej głębi ciemności, która kusi, by w nią wejść, iść prosto między strzelistymi pniami w samo serce mroku.

Uwielbiam ten moment. Uwielbiam ciemność i ciszę, i ten dotyk ciepłej dłoni. Nie trzeba nic więcej. 

Myśl krąży między jaśniejącymi w ciemności pniami, wspomnienia jak duchy w mroku nabierają naraz kształtów. Dłoń, ta sama, którą trzymałam gdy wiatr zatykał usta, a fale obryzgiwały nas siedzących w kokpicie. Jego druga dłoń na sterze już przygotowuje jacht na nadejście kolejnej fali. Taka dumna metafora życia, tylko gdyby nie ta blada skóra i śmiech w oczach, który mówi mi, że jednak lekkostrawny obiad się nie przyjął. Jak wymiotować to zawsze na wesoło, twierdzi, a ja tylko kątem oka widzę jak jego pierwszy oficer wychyla się nagle za burtę. Dla mnie to nie do pojęcia, nie mam żadnej choroby morskiej. A może właśnie to jest nasze życie, ta ręka na sterze i obiad zwrócony falom. Patos i śmiech w jednym. Taki już jest.

Coś jakby mignęło w ciemności, to pewnie tylko wiatr poruszył gałęzie w blasku lamp i jak widmo inne wspomnienie, tym razem nocy, gdy wstawaliśmy co chwilę do dzieci, jak wymiotowały na okrągło i już nie było na wesoło. I jak na skraju wyczerpania leżałam, wdzięczna za tę chwilę, gdy mogę karmić niemowlę i odpocząć, gdy on zmywa podłogę w środku nocy. Leżąc tak w ciemności marzyłam by trwało to jak najdłużej, choć w tej chwili wytchnienia zalewał mnie wstyd, że cieszę się, że to nie ja teraz sprzątam. I nagle ciemność zmieniła się w ostrą biel szpitalnej sali, musiałam czekać przed drzwiami oddziału na lekarza, nikt nie mógł mnie teraz przyjąć, a wyczerpane odwodnieniem dziecko leżało bezwładnie na rękach, już nie mogłam go dobudzić. Ta rażąca oczy biel i przenikająca do szpiku kości samotność, i tylko niemy krzyk, który przemierzał przestrzeń pomiędzy nami, do domu gdzie zostałeś z resztą dzieci. I tylko pewność, że jesteś i rozumiesz, że w domowym zgiełku słyszysz bicie mego przerażonego serca.

I teraz siedząc na kanapie w ciemności, czuję pulsowanie krwi pod twoją skórą, rozkoszuję się tym, świadomość życia, które tętni, rytmu, do którego tańczymy ten taniec, pamiętam w jakiej sukience byłam tamtego wieczoru, było późno, zostało tylko kilka osób, rozproszonych po całym mieszkaniu, w salonie już nikogo, i poprosiłeś mnie do tańca. Było ciemno tak jak teraz, ale wtedy cię nie znałam, wtuliłam twarz w twoją szyję, rytm krwi pulsującej pod skórą przysparzał mnie o zawrót głowy. Pnie wciąż migoczą w ciemności, a ja patrzę w twoje oczy sprzed dwunastu lat, wciąż pytając czy już wtedy zapisane były dzieje. Jestem cała wtedy, tak jak jestem cała teraz; czas skoncentrował się w chwili, która jest, zagęszczając rzeczywistość. I tylko krew pulsującą pod palcami przypomina o kruchości życia. A jednak w tej chwili, jesteśmy czymś więcej niż tylko pulsowaniem krwi, biciem serca, przewodzeniem neuronów. Nasze jesteśmy przekracza nasze kruche ciała, nasze teraz, nasze tu. Przekracza nawet to życie, zrodzone pięciokrotnie z naszych ciał, śpiące teraz cichym snem wśród ciemnego lasu. Przekracza lęk i trwogę ciemnej nocy, nieznanego jutra, widma niknącego pulsu kruchych dłoni.

Jesteśmy. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s