Macierzyństwo: Przeorana. 3

Za oknem styczniowa plucha, nic w tym momencie nie jest w stanie zmusić mnie do wyjścia na dwór, zapadam powoli w zimowy sen, z którego wybudzają mnie tylko kolory mego wewnętrznego świata oraz ciepła herbata z pomarańczą i goździkami. Rozkoszuję się nią, siadając na rogu kanapy koło mojej, wymarzonej przez lata, ogromnej biblioteki, pełnej książek, które karmią mnie niemalże samym swoim widokiem. 

Styczeń, nowy rok jak nowy początek, a cezura, którą tworzy nie jest wcale taka pozorna. Dla mnie od teraz jest szczególnie silna, bo dokładnie rok temu na przełomie grudnia i stycznia zachorowała nasza najmłodsza córeczka i teraz sama pamięć tamtych dat rozkręca we mnie cały kalejdoskop emocji, stawiając pod znakiem zapytania czy kiedykolwiek zdołam zapomnieć, czy mijające lata rozmyją ostre jak brzytwa wspomnienia jej szarzejącej od bezdechów skóry, jej nagiego ciałka lężącego bezwładnie w inkubatorze, który odgradzał mnie od niej zimnym szkłem i plątaniną rurek. Zamykam oczy, a czas kurczy się nagle, otacza mnie znów tłum spanikowanych medyków, kubek herbaty w mojej dłoni nagle staje się zimny, jakby wraz ze mną zamarzł przez cały rok, a może tylko przez ułamek sekundy, gdy pod moimi powiekami odżyła przeszłość. Gdzieś z dala dochodzą radosne głosy bawiących się dzieci, ktoś wybucha śmiechem, to ona, śmieje się gdy jej siostra bawi się z nią w akuku, i nagle przypominam sobie, jak patrzyłam przez okno, próbując i nie mogąc się modlić i tylko ta myśl, ta niema prośba, żeby żyła choćby jeszcze trochę, żebym mogła ujrzeć jej pierwszy uśmiech, miała przecież cztery tygodnie, lada dzień mogła się uśmiechnąć, po raz pierwszy i zapewne ostatni. A teraz kolejna eksplozja śmiechu wybudza mnie z odrętwienia i otwieram oczy, świadoma, że nie znałam nigdy dziecka, które śmiałoby się tak często i tak zaraźliwie, którego śmiech tryskałby nie tylko z ust, ale też z jaskrawo niebieskich oczu, które robią na wszystkich wrażenie odblaskowych, aż ktoś wreszcie stwierdził, że ma oczy jak kosmici z filmu Alien. Tak, nikt nie ma takich oczu, które świeciłyby wewnętrznym życiem, silniejszym niż jakiekolwiek cierpienie, silniejszym niż mój lęk i przejmująca groza moich wspomnień. Ale rozumiem też, że ważniejsze niż sama treść wspomnień jest to, co te przeżycia z sobą niosły i jak przeorały moje macierzyństwo, nie, jak przeorały mnie w mojej nagłębszej istocie, choć może to właśnie macierzyństwo jest moją najgłębszą istotą, tą częścią mnie, która wtedy wytrysnęła z głębi, rozdartej przez ból. Moje palce klikają szybko po klawiaturze, szukam w plikach wiersza, który napisałam zaraz po powrocie ze szpitala, gdy już moja maleńka była bezpieczna, napisałam kilka wierszy o macierzyństwie, już nie pamiętam tytułu tego jednego, szybko przeglądam różne teksty, w końcu jest, czytam szybko i wiem, że to wszystko jest dziś we mnie tak, jak było wtedy, a może bardziej, bo wiem, że moje życie to obumieranie i rodzenie się na nowo – właśnie, rodzenie się; rodzenie dzieci, wielu czy niewielu jest tylko tym, co zapoczątkowuje we mnie ten proces, w którym proste czynności matki, trzymającej w ramionach chore dziecko, albo patrzącej na nie przez szybę inkubatora, są tylko zewnętrznymi aktami tego, co dokonuje się w moim wnętrzu.

ja matka

zmieniona w przestrzeń

mieszczę w sobie

ty

jak glebogryzarka wyrywasz

miąższ

mego serca

miecz przenika głęboko

wszczepiając we mnie

twe cierpienie

jak gałązkę jabłoni

w promieniach słońca

kwitną białe kwiaty

Ja, zawsze tak delikatna, że ledwo mogłam poradzić sobie z własnym cierpieniem,  nagle mieszczę w sobie cierpienie, które nie jest moje, a jednak bardziej  niż cokolwiek innego wdziera się w moje wnętrze, rozrywa na kawałki moje poukładane i bezpieczne życie, kubek wysuwa mi się z rąk, roztrzaskuje o podłogę, resztki herbaty rozlewają się po posadzce. To był mój ulubiony kubek, kolorowy kubek z mozaiką Gaudiego ze sklepiku przy Sagrada Familia w Barcelonie. To ja jestem w tych potłuczonych odłamkach, schylam się ze smutkiem, żeby pozbierać resztki, zawsze naiwnie wierzę, że da się skleić moje ulubione kubki, które tak regularnie tłukę, zbieram je delikatnie, czy bardziej dlatego by uniknąć zranienia się o ostre krawędzie czy bardziej dlatego, że wciąż liczę na to, że je poskładam, pozlepiam i odtworzę swoje życie, że samą siłą swojej woli uczynię je czymś, czego nie da się zniszczyć, jakbym mogła uczynić szkło odpornym na stłuczenia, a może po prostu założyć zbroję, której nie przebiją ostrza cierpienia. Rozlega się rozdzierający uszy pisk, najmłodsze dziewczynki bawią się, urządzają sobie konkurs, która zapiszczy głośniej, i te piski przerywane wybuchami śmiechu wytrącają mnie z wszelkich metafizycznych uniesień, do których jestem tak niezmiennie skłonna. I nagle wiem, że niczego nie żałuję, że tak właśnie chcę, nie potrzeba mi żadnej zbroi, żadnej nietłukącej się porcelany, że życie jest pełnią najbardziej wtedy, gdy wyrywa mnie z mojego bezpiecznego ja, z moich obwarowań, gdy rozrywa mury, za którymi się ukrywam i tłucze moje schematy i przeświadczenia; jest pełnią najbardziej wtedy, gdy to, co we mnie jest najbardziej kruche pozostaje odsłonięte. To wcale nie jest miłe, tak narażać się na ból, może nawet to jest bardziej niż bezsensowne, ale moja moc matki nie polega wcale na tym, że umiem wciągnąć na siebie zbroję, ale na tym, że poraniona i rozbita na kawałki umiem przeobrazić siebie i świat wokół w coś o wiele wspanialszego. Choroba mojej najmłodszej córeczki nie była też jedynym momentem, który wydobył ze mnie tę siłę, ale jak w soczewce skupił w sobie w zwielokrotnieniu to wszystko, co do tej pory chwytałam jakby we mgle, nie wiedząc czego szukam, świadoma, że życie nie jest już to samo, co wcześniej; a może nie, życie się wcale tak bardzo nie zmieniło, to ja się zmieniłam; zmieniłam się tak bardzo, że to, co we mnie było najsłabsze, pcha mnie teraz do przodu bardziej niż cokolwiek innego. 

Jest ciemno, moje palce stukają w ciszy w klawiaturę, zaabsorbowana pisaniem, nie zorientowałam się wcale, że ktoś niepostrzeżenie do mnie podszedł aż do chwili, gdy wtulił w moje ramię swoją twarz i bardziej poczułam niż usłyszałam, że szlocha. Wiem, że potrzebuje teraz mojego czasu tylko dla siebie, wszelkie refleksje muszę odłożyć na kiedy indziej i poświęcić mu każdą strunę mojej uwagi. Przez moment myślę sobie tylko, jaka to radość, że jeszcze do mnie przychodzi, że szuka mojego wsparcia gdy jest mu trudno, pewnie niedługo to się skończy. Czemu jesteś tak smutny? Jego szloch na moment się urywa. Bo życie nie jest takie jak w książce. Coś dziwnego, uderza mnie jakieś wspomnienie, jakby z poprzedniego życia, trochę jakby kadry z filmów mojej własnej wyobraźni, w której po tysiąckroć odgrywałam te same ukochane sceny z książek. Chciałbym być zwiadowcą, tak jak Will. No tak… Rozumiem. Waham się czy to wystarczy, czy nie powinnam jakoś inaczej go pocieszyć. Że w życiu też można przeżyć wiele fascynujących przygód, a może, że zwiadowcy to przecież tacy agenci służb specjalnych, którzy istnieją naprawdę i może kiedyś zostać kimś takim… Ale to nie to, przecież to wcale nie o to chodzi. Wiesz, ja też kiedyś miałam takie marzenia, chciałam poznać Anię z Zielonego Wzgórza albo przenieść się do Narnii. I co? I, no cóż, spełniło się. Ale jak to? A pamiętasz co zobaczyła Łucja jak po raz pierwszy znalazła się w Narnii? No, szafę? Tak, szafę tak, ale już w samej Narnii, pamiętasz? Yyy… latarnię? No właśnie! Latarnię. No i co? No i spójrz, kieruję jego głowę delikatnie tak, żeby spojrzał za okno, gdzie tuż przed naszym domem, w samym środku lasu stoi latarnia. Widziałeś kiedyś taką latarnię w środku lasu? Nie. No właśnie, a ja marzyłam, żeby znaleźć się w Narnii i zamieszkałam w domu w środku lasu przed którym akurat stoi latarnia. I tam za bramą jest twoja Narnia, mamo? Nie, moja Narnia jest tu, w moim domu, z moją rodziną, latarnia to tylko znak. Ale kiedy ją zobaczyłam po raz pierwszy, pomyślałam, że tak, to miejsce jest przeznaczone dla mnie. Czyli twoje marzenie się spełniło? Tak, spełniło się. Widzę, jak jego oczy śmieją się nagle, wcale nie uważa tego za głupie. To może moje też się spełni? Może będę taki jak Will? Pewnie, twoje życie będzie tym, czym ty sam je uczynisz. Mamo, przytulisz się do mnie przed snem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s