Macierzyństwo z jabłkiem: O mocy twórczej. 5

Słońce odbija się od śniegu rażąc mnie w oczy, gdy tak siedzę przy komputerze; wspominam inny taki zimny miesiąc luty, dokładnie dziewięć lat temu, nie mogłam długo wyjść z domu z noworodkiem przy podobnych mrozach, a gdy już wyszliśmy w końcu na wyczekiwany pierwszy spacer, to chodziliśmy z wózkiem po pobliskiej zamarzniętej rzeczce; teraz wydaje mi się, że to był dość szalony pomysł. Mam zdjęcia z tamtego spaceru w albumie, który często przeglądamy, na nich młoda dziewczyna trzyma rękę na wózku, zaróżowiona z mrozu i podniecenia, że dołącza właśnie do dumnego grona matek, wychodzących ze swymi modnymi wózkami na spacery; nic to, że z biegiem czasu obowiązek spacerowania i szykowania na mróz piątki dzieci stanie się dla mnie jednym z najbardziej nielubianych cliché macierzyństwa i jeżeli lubię dziś spacery po lesie, to dlatego, że zanurzam się wówczas w przyjemności obcowania z przyrodą, rezonuje we mnie dziecięca radość i zapominam szybko o trudzie szykowania się na spacer, a nie dlatego, że przyjmuję za swoje jakiekolwiek wzorce. Może jest to ta zasadnicza różnica – żyjąc pełnią siebie, nie potrzebuję już nic zewnętrznego, co by formowało moją tożsamość, nie potrzebuję wzorców, którymi bym miała próbować się napełnić. Inaczej było dziewięć lat temu, pragnienie spełnienia ideałów, realizowania dumnej roli matki napotkało we mnie istotę kruchą i niepewną siebie, chciałam ścigać coś, co nie było mną i ta dziwna pogoń za ideałem tak zewnętrznym w stosunku do mnie samej rodziła tylko frustrację i niespełnienie. A jednak patrząc na tę młodziutką, pozbawioną zmarszczek i bólów krzyża dziewczynę, uśmiechającą się do fotografującego ją męża – młodego ojca, myślę sobie, że jednak już wtedy, jeszcze bez świadomego udziału, zaczęła się moja podróż do wnętrza samej siebie. Macierzyństwo już wtedy zaczęło dotykać mnie tam, gdzie najbardziej bolało, jakby każdy płacz dziecka przypominał mi o własnych łzach, tych wylanych i – jeszcze bardziej – tych niewylanych. Tak, wtedy właśnie obudziło się we mnie dziecko, ja sama, i spojrzało na mnie oczami pełnymi wyczekiwania, a ja, dorosła, zrozumiałam nagle, że tego wyczekującego spojrzenia nie umiem znieść. 

Słyszę nagle głośny zaśpiew aaaaa i wiem, że nie będę mogła już długo pisać, czekam jeszcze trochę, zaśpiew przechodzi w natarczywe wołanie i nagle starsza córka upomina mnie, że najmłodsza się właśnie obudziła, a w powietrzu unosi się niewypowiedziany wyrzut, że wypada, żebym jak dobra matka odpowiedziała na wołanie własnego dziecka. Tak, tak, słyszę, odpowiadam wymijająco, szybko stukając w klawiaturę. Teraz już rozlega się wrzask i wiem, że najwyższa pora wstać, z pewnym żalem, że muszę już przerwać; jednak gdy otwieram drzwi sypialni i widzę jej błyszczące od zaspania błękitne oczy i zaróżowione policzki, już niczego nie żałuję; uwielbiam zanurzać twarz w zgięciu ciepłej od snu szyjki. Jej zapach przypomina mi o smażonych wczoraj wieczorem pączkach, z tymże ciepłe pączki robimy tylko dwa razy do roku, a ciepłe i pachnące ciałko mam na codzień. Tak łatwo, aż za łatwo się przyzwyczaić, mogę utracić radość tej pieszczoty przez jej powszedniość, to wymaga pielęgnacji, by codziennie odnawiać w sobie ten zachwyt, mimo niedokończonych tekstów, mimo oderwania od właśnie zmywanej podłogi czy przerwania fascynującej rozmowy telefonicznej z dawno niewidzianą przyjaciółką. Piękno, jak mawia stare przysłowie, jest w oku patrzącego, pełne wyczekiwania spojrzenie mojej córki napotyka mój zachwyt i obie trwamy przez moment w tej pełni, i myślę, że niezależnie od wszystkich moich ułomności jako matki, w tym właśnie momencie miłość, którą daję, jest tak żywa jak żywa jest woda w górskim strumieniu; ten przepływ jej ciepłego ciała, mojej radości i zachwytu, jej pytającego spojrzenia, mojej niemej odpowiedzi. To chwila, zaraz rozlega się wołanie z pokoju obok, muszę pędzić na pomoc, ale ta chwila wystarczy, wszystko zostało już powiedziane. 

Pablo Picasso, Matka z dzieckiem, 1902, 1905, 1921

Dlaczego jednak gdy we mnie samej obudziło się dziecko, nie umiałam odpowiedzieć samej sobie tym spojrzeniem miłości? Dlaczego uciekłam, szukając rozwiązań, wzorców, które wypełniłyby pustkę pomiędzy nami – mną dzieckiem i mną matką, pustkę we mnie samej? Skąd owa pustka, którą w pierwszych latach macierzyństwa nieraz wypełniały frustracja, poczucie porażki i złość? I dlaczego teraz, gdy spoglądam w głąb, odczuwam pełnię, z której płynie pokój i radość? Nie, nie znaczy to bynajmniej, że obecnie częstokroć nie pojawia się we mnie zarówno frustracja jak i złość, ale nie ma w tym już poczucia porażki, jest raczej pełna mocy świadomość, że ostatecznie to ja kształtuję zarówno siebie samą jak i rzeczywistość, która mnie otacza i że nawet te trudne chwile, zwłaszcza te najtrudniejsze chwile złości na dzieci jak i lęku o ich zdrowie, mogę ostatecznie mocą miłości twórczo przeobrazić, aby stały się darem dla mnie samej i dla innych. 

Miłość, tak, może po prostu nie rozumiałam miłości, nie wierzyłam, że ta chwila wystarczy, że jedno spojrzenie może wypełnić pustkę, zawrzeć w sobie wieczność i wypełnić wszelkie braki. Goniłam za rozwiązaniami zewnętrznymi, nie dostrzegając, że we mnie samej są wszelkie odpowiedzi. We mnie jest przebaczenie tych łez niewylanych, we mnie jest akceptacja samej siebie i we mnie jest miłość do moich dzieci, wszystko inne jest tylko dodatkiem, modny wózek, czysta podłoga, gorące zupy i te od kołyski organizowane zajęcia edukacyjne. Ani zachłyśnięcie się tymi wzorcami ani ich odrzucenie w gruncie rzeczy nie mają wielkiego znaczenia, o ile to we mnie nie będzie prawdziwej pełni, o ile nie będzie tego miłującego spojrzenia, które ogarnie wszystkie moje bolączki, ułomności i  wszystkie moje zwycięstwa i jak w kubistycznym obrazie, nie ujrzy w tym całości, która jest czymś więcej niż tylko sumą źle poskładanych części. 

Oczywiście nie jestem w stanie sama ogarnąć siebie taką miłością, z której płynie pełna akceptacja. Muszę uwierzyć w to, że jestem tak kochana, że ta Miłość płynie z innego źródła, ze źródła, które nigdy nie wysycha, które nigdy się nie kończy. Muszę pozwolić sobie samej uwierzyć tej Miłości i wtedy, dopiero wtedy, dziecko we mnie rozkwitnie i ufnie poda dłoń, a ja znajdę w sobie siłę, pochylę się z czułością i obejmę je, i to co rozerwane, stanie się jednym. I tylko z tej pełni mogę dawać; nierealny wymóg poświęcenia się matki własnemu dziecku nie będzie już wymogiem tylko możliwością poddaną mojej kształtującej woli, ale jedynie wówczas gdy ja sama jestem pełnią, która nie ma dna; wówczas to, co nierealne przychodzi z zadziwiającą łatwością, rzeczywistość jak plastelina poddaje się kształtowaniu, i jak wszelka twórczość prawdziwego artysty, także macierzyństwo jest procesem, w którym tworzę wedle swojej woli, o ile tylko jako artysta dojrzałam do tego, by nie brać rzeczywistości takiej jaka mi się jawi, ale poddawać ją przemianie mojej twórczej, macierzyńskiej mocy. Ten jeden moment, gdy biorę w ramiona moją ledwo przebudzoną córkę może stać się apoteozą piękna i miłości (tak, jak ją widziało wielu artystów, którzy uwieczniali na swoich obrazach taką chwilę), o ile tylko ja zechcę go takim uczynić, o ile na ten moment zamknę oczy na bałagan w sypialni, rozrzucone wszędzie ubrania, wyciszę wewnętrznie dochodzące do mnie wołania o podanie jedzenia, odłożę na później nie ukończony tekst. To mój wybór czym uczynię tę jedną chwilę; to mój wybór czym uczynię każdą poszczególną chwilę, która narzuca mi się jako konieczność w moim macierzyńskim życiu. I tak jak wszelka sztuka jest prymatem ducha nad materią, tak macierzyństwo jest sztuką, choć w wielu, zwłaszcza tych trudnych, momentach niejednokrotnie bardziej przypominającą mozaiki Gaudiego czy kubistyczne obrazy Picassa niż romantyczne dzieła realistów.  

Pablo Picasso, Macierzyństwo z jabłkiem 1971

Jest już popołudnie, mróz otula nasz dom śniegową pierzyną, my w ciepłym świetle opromieniającym drewniane ściany, lepimy właśnie figurki z plasteliny, przynosi mi to ogromne poczucie dumy; dawniej z wewnętrzną (a czasem i zewnętrzną) wściekłością kończyłam zabawę plasteliną, kiedy wszystkie możliwe kolory mieszały się w jedną wielką szaroburą, kulistą paciaję; moje marzenie stworzenia cudnie kształtnych figurek spełzały na niczym, a ja z wielką frustracją stwierdzałam, że nie nadaję się na matkę (sic!), bo nie umiem nauczyć dzieci lepić z plasteliny. A niech się bawią jak chcą, co mnie to obchodzi, aż wreszcie i oni się znużyli lepieniem bezkształtnej, bezkolorowej bryły i z niej, jak Bóg z prochu ziemi, nareszcie zaczęli tworzyć. Moje ambicje nie były ich ambicjami, moje ja nie było ich ja, musieli sami dojrzeć do tego, by poczuć pragnienie i moc kształtowania, na teraz tylko plasteliny, by z czasem mogli dojść do zrozumienia, że cała rzeczywistość poddana jest twórczej mocy człowieka. To pokazuje mi nie tylko piękną moc macierzyństwa, ale i jej moc destrukcyjną, gdy w swoim wyolbrzymionym poczuciu odpowiedzialności odbieram moim dzieciom ich ja, zagarniam ich tożsamość, by budować własną, by spełniać wzorce macierzyństwa, które są zewnętrzne wobec mnie samej, starając się nabrać wartości we własnych oczach. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s