Interludium. Autorefleksja

Słońce prześwieca między pniami sosen, jego coraz cieplejsza barwa mówi o zbliżającym się zmroku, my odpoczywamy po spacerze; byliśmy na polanie, słońce opromieniało ośnieżone drzewa, może już po raz ostatni tej zimy, gdy wyrysowałam kijkiem od nart biegowych wielkie serce i wypisałam w nim imiona dzieci; usiedli w środku, a ja właśnie chciałam zrobić im zdjęcie z góry, musiałam stanąć na muldzie śniegu, gdy nagle wywinęłam widowiskowego orła i zleciałam głową w dół, wywijając bezradnie nogami w powietrzu. Mojej akrobacji towarzyszyły salwy dziecięcego śmiechu, a ja próbując się wydobyć z zaspy, nie mogłam się powstrzymać by do nich nie dołączyć, choć śnieg wpadł mi nawet do majtek. Siedzę teraz w fotelu z laptopem na kolanach, dzieci zajęły się swoimi sprawami, mam bezcenną chwilę dla siebie po równie bezcennych chwilach wspólnej radości i nachodzi mnie pewna autorefleksja. Kiedy zaczęłam pisać cykl o macierzyństwie, zadałam sama sobie pytanie czym jest dla mnie macierzyństwo i oczywiście wiedziałam, że odpowiedź jest tak wielobarwna i wieloraka jak pory roku, jak chwile radości przeplatane trudami dnia codziennego (a może odwrotnie? może to trudy życia codziennego jedynie przeplatane chwilami radości?), jak odcienie zapadającego nad lasem zmroku i dlatego odpowiedź na to pytanie może być tylko opowieścią, która wije się pośród mijającego czasu. Jest to opowieść moja i niczyja inna, macierzyństwo dla każdej kobiety może mieć inny smak, może być zaprawione mniejszymi lub większymi trudami czy radościami, dlatego poszukiwanie uniwersalnych odpowiedzi wydaje się być ścieżką donikąd. 

A przecież wydawałoby się jednocześnie, że jest coś, co łączy wszystkie kobiety-matki: niezaprzeczalny fakt urodzenia dziecka. A jednak nie. Są przecież matki, chociażby matki adopcyjne, które nie rodziły. Są kobiety, które matkami nie są, dla których macierzyństwo wydaje się być konstytutywną częścią ich stosunku do świata; kobiety, które ciepłem swej miłości potrafią ogarnąć nawet obcych ludzi; na myśl przychodzi mi Matka Teresa – jej listy do ojców duchownych, tak przepojone czystą macierzyńską miłością do świata. Tak pojmowane macierzyństwo nie jest po prostu faktem bycia matką i wynikającą z tego opieką nad dziećmi, jest raczej formą bycia wobec innych ludzi, najczęściej własnych dzieci. Macierzyństwo dopiero wówczas może stać się wezwaniem-powołaniem jeżeli pozwolę, by fakt bycia matką przemienił mnie wewnętrznie (to wcale nieoczywiste! mogę nie chcieć przecież takiej przemiany!) i dopiero wtedy ma ono moc przeobrazić same podstawy bytu, sam rdzeń mojej tożsamości jako matki. To ostatecznie ode mnie zależy jaką pójdę ścieżką, czy dam się porwać nurtom trudnej nieraz miłości macierzyńskiej. Ja sama, z początku zupełnie nieświadomie, rozpoczęłam tę podróż i dla mnie macierzyństwo stało się drogą, na której odkrywam kim naprawdę jestem, na której odkrywam prawdę o sobie, zarówno w bólach jak i w radościach, na której znajduję wyzwolenie od swoich wewnętrznych zmagań. Albo mogę to ująć inaczej: macierzyństwo może być procesem twórczym, aktem rzeźbiarza, który wykuwa istotnie dzieło swego życia; a wówczas jestem nie tylko rzeźbiarzem, jestem jednocześnie rzeźbą i ten akt twórczy jest trudny i bolesny, jest procesem przemiany bezkształtnej bryły w arcydzieło; tak, procesem, a ten proces to właśnie owa droga, która ma prowadzić ku pełni miłości. I tak szukając obrazów, zatoczyłam koło i wróciłam do początku. 

Macierzyństwo jest drogą i właśnie dlatego dla każdej kobiety jest drogą inną, a może też każda kobieta jest w innym punkcie swojej własnej drogi, może nie każda odważyła się jeszcze w ogóle wyruszyć, i dlatego tak bardzo nieporównywalne są nasze doświadczenia. A jednak, jeżeli zechcemy, wspólny może być ich cel, a jest nim po prostu miłość, ale nie tyle miłość rozumiana jedynie jako codzienna troska o własne dziecko, tylko jako moc, która istotnie przeobraża rzeczywistość, która czyni – stwarza – drugiego człowieka i może w swej bezinteresowności objąć każdą ludzką istotę. Tym ideałem matki – kobiety, która miłością macierzyńską obejmuje każdego – jest w chrześcijaństwie oczywiście Maryja i, niezależnie od tego czy wierzymy w Nią jako osobę czy traktujemy jedynie jako postać jak z mitu, jest to pod każdym względem doskonały obraz przeżywania macierzyństwa jako drogi, która od prostej zgody na przyjęcie dziecka prowadzi do wszechobejmującej i pełnej mocy miłości. Czasem w żmudnej codzienności trudno dostrzec ten cel, trudno może w niego uwierzyć jako w nieosiągalny ideał, a czasem może on przerażać swoim heroizmem i głębią cierpienia; przecież chcę być szczęśliwa jako matka, nie zniosłabym takiego cierpienia, chcę też żyć czymkolwiek poza własnym macierzyństwem. Ale to w gruncie rzeczy nie chodzi o to czy nasze życie będzie wyglądało tak czy inaczej, czy będziemy Pietą trzymającą martwe ciało własnego dziecka czy też będziemy tylko kołysać własne gorączkujące dziecko na leżance w szpitalu, czy macierzyństwo pochłonie całą naszą codzienność czy jednocześnie będziemy pisarzami albo pilotami myśliwców (znam taki przypadek!) – chodzi o istotną treść naszego przeżywania macierzyństwa oraz czy i na ile pozwolimy na to, by macierzyństwo nas przemieniło wewnętrznie i stało się sposobem przeżywania rzeczywistości, a szczególnie relacji z innymi ludźmi. 

I tak wracam do mojej autorefleksji: chyba dlatego w ogóle zaczęłam pisać ten cykl, że zapragnęłam dać wyraz temu, że nagi fakt bycia matką i troski o dzieci może być czymś więcej niż tylko tym; może być dla mnie zaledwie początkiem, żeby nie powiedzieć środkiem, aby przemienić moje życie i mojej roli matki nadać istotny sens, daleko wykraczający poza samą treść roli. Wbrew wszelkim teoriom czy medialnym wizjom macierzyństwa nie uważam, żeby cokolwiek określało jego właściwe przeżywanie – czy poświęcenie się dzieciom, czy praca na pełen etat, czy karmienie piersią, czy rodzenie przez cesarkę, czy jakiekolwiek inne normy, które w całkowicie sztuczny sposób kładą macierzyństwo na jakiejś skali i umożliwiają poddanie go ocenie. Spojrzenie na macierzyństwo jako na drogę, proces, zamiast na zestaw norm czy wymogów, ma moc uwolnić mnie od lęków o to czy się realizuję jako matka. Mogę przemierzać to życie własnym tempem, mogę pozwolić na to, żeby macierzyństwo z wolna stało się sposobem mojego przeżywania całej rzeczywistości, także tej nie-macierzyńskiej. Mogę, ale nie muszę. Ja jednak zapragnęłam ukazać piękno takiej drogi, moc i siłę, jaką można na niej odnaleźć, pomimo wszelkich trudów. Jeżeli używam w kontekście macierzyństwa słowa powołanie, to bynajmniej nie w tym sensie, że jako kobieta miałam jakieś szczególne zdolności do bycia matką i w wyjątkowy sposób realizuję się na tej drodze; prawdę rzekłszy, miewałam chwile, że myślałam, że jestem w tej materii raczej antytalenciem. Używam tego słowa w tym znaczeniu, że mogę uczynić macierzyństwo moim powołaniem, jeżeli pozwolę by ono mnie przemieniło, by stało się wezwaniem do wzrastania na drodze miłości. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s