Macierzyństwo: razem. cz. 6

Gdy wracam z labiryntu alejek w wielkopowierzchniowym sklepie spożywczym, w których coraz częściej bezradnie się gubię, z ulic miasteczka, gdzie ze śniegu pozostało już co najwyżej oślizgłe błoto wzdłuż szarych krawężników, odczuwam coraz większą potrzebę ucieczki pomiędzy drzewa, które wciąż pozostają ostoją dla idealnie białego śniegu; nie dziwię się już, że sceneria lasu tak często bywa tłem tak licznych baśni i legend, gdzie skrywa tajemnicę ludzkiej wędrówki przez życie, z jej drogą, tak enigmatyczną, pozbawioną widocznego krańca, ciągnącą się w pozorną nieskończoność, która daje ułudę nadziei, że tuż, za kolejnym drzewem, w istocie czeka nas baśniowa kraina wieczności. 

Ale nie tym razem, po szybkim sprzątaniu na dziś zaplanowałam wspólną pracę, a w edukacji domowej wolę trzymać się z góry założonego planu, inaczej godziny i dni uciekają, niczym przelewająca się przez palce piana przy zmywaniu naczyń, którego tak szczerze nie lubię, ale cóż, dawno minęły czasy, gdy wszystkie naczynia i garnki mieściły się nam w zmywarce, teraz muszę ją wstawiać dwa razy dziennie i tak jeszcze sama domywać garnki; coraz częściej angażuję dzieci do tych zadań, mimo ich widocznej awersji do dotykania brudnych naczyń; mnie już nie stać na takie uczucia, są rzeczy, które po prostu trzeba zrobić, a wszelkie awersje zakopać gdzieś głęboko, zapewne w sobie, bo gdzieżby indziej, i tak sobie myślę, że wszelkie psychologiczne gadki o tym, jak to nie powinniśmy tłumić w sobie uczuć, chyba nie dotyczą matek. A może po prostu matki, z ich feerią uczuć i sposobów radzenia sobie z nimi, nie mieszczą się już w żadnych psychologicznych kategoriach i foremkach, tak jak ja coraz wyraźniej przestaję się mieścić w swoich dawnych ubraniach, zwłaszcza tych z czasów studiów, które jeszcze z sentymentu zachowałam w płonnej nadziei, że może kiedyś je założę. Albo suknia ślubna, cały czas wisi na strychu, nie bardzo chcę się z nią rozstać, ale czy naprawdę sądzę, że któraś z moich córek kiedyś ją założy? Raczej odejdzie do wcale nieprzysłowiowego lamusa, teraz wszystko podlega takiej płynności, nieustannym zmianom, niemal jak tok moich myśli, gdy próbuję na szybko ogarnąć dom przed rozpoczęciem nauki z dziećmi. 

I po chwili gdy siadamy do okrągłego stołu, bo przy takim najlepiej nam się pracuje, dokonuję nadludzkiego wysiłku by skupić wszystkie myśli, odegnać bezsensowne wspomnienia i przepływy świadomości. Właściwie to odkryłam, że – wbrew temu, że uważam się za pedagogiczne antytalencie – lubię uczyć moje dzieci, radować się ich odkryciami, patrzeć na ich oczy błyszczące nieskrywaną satysfakcją gdy wspólnie drążymy ciekawe tematy. Ale nie zawsze jest tak różowo, ostatecznie jednak są chwile, gdy przymuszeni podstawą programową, musimy jak to się dość okropnie mówi przerobić program, zwłaszcza w tych działach, które nie należą do ulubionych. Dziś jest taki właśnie dzień, więc męczymy się razem, aż w końcu poirytowana tym, że po raz setny tłumaczę to samo, czuję jak zaczynam wirować po spirali furii, której siła dośrodkowa nieubłaganie ściąga mnie wewnętrznie do miejsca, gdzie bomba już tylko czeka by wybuchnąć; widzę zamglone oczy córki, już tylko przez zęby cedzę kolejne tłumaczenie, ona coś mówi, nie znoszę jak mamroczesz, powiedz wyraźniej, ona coś duka, ja już pędzę po spirali w dół, nie rozumiem, mów wyraźniej, złości mnie, że tak mówisz, przecież nic ci nie zrobię, weź głęboki oddech i się uspokój, mówię to do siebie czy do niej?, mija bezkresnie długa chwila i naraz czuję, że jednak wyszłam na prostą, oddech mi się wyrównuje, jej oczy, już suche, mówią mi, że najgorsze za nami, ona nagle wszystko rozumie, jest sukces, a ja miotam się pomiędzy uczuciem żalu, że tak się zdenerwowałam a radością, że jednak przerwałam ten zjazd po spirali, co dawniej nigdy mi się nie udawało; lęk przed własnym wybuchem, który towarzyszył wściekłości, tak naprawdę tylko ją napędzał i tworzył zamknięte koło koszmarnej mieszanki uczuć, z którego nie widziałam żadnego wyjścia; a jednak można, coś, poczucie wewnętrznej siły, przekonania, że jednak są szczyty, które nadludzkim wysiłkiem zdobywam jako matka, pozwala mi teraz wyrwać się z tego zaklętego kręgu i być panią samej siebie i swoich uczuć. Pracujemy dalej, oddycham pełną piersią, nauka zmienia się znów we wspólną odkrywczą podróż, właśnie dlatego zachwyca mnie edukacja domowa, czuję się w niej wolna i mogę wraz z dziećmi odkrywać znów świat, który kiedyś z mozołem poznawałam w szkole; no może nie aż z takim znowu mozołem, ale czas się przyznać, że wiele sympatii okazywanej mi przez nauczycieli zdobyłam dopracowaną do perfekcji umiejętnością patrzenia im w oczy przy jednoczesnym odpływaniu myślami w krainy wyobraźni; nigdy zaś tak wiele nie nauczyłam się z układu okresowego pierwiastków jak ostatnio, od kiedy mój dziewięcioletni syn fascynuje się chemią i studiuje tablice Mendelejewa. 

Czas mija szybciej niż bym chciała, jest popołudnie i wszyscy zajęli się swoimi sprawami, my rodzice wreszcie mamy chwilę dla siebie, kładziemy się w sypialni, by porozmawiać o wszystkim i o niczym, o milionach drobnych spraw i o kilku tych naprawdę ważnych, droczymy się przez chwilę, kochasz mnie, kocham cię jak brzęczącą muchę nad uchem, tak ja kocham Cię1, nasze przyciszone głosy mają efekt rażenia o wiele większy niż gdybyśmy mówili przez megafon; już najmłodsza zorientowała się, że to jest idealny moment, żeby zwrócić na siebie uwagę rodziców i zawzięcie wciska się między nas, jej perlisty śmiech gdy tata drapie ją zarostem po policzku działa na pozostałych jak magnes, zaczynają krążyć coraz bliżej jak pszczoły wokół wyjątkowego kwiatka; zanim zdążymy się obejrzeć, wszyscy już tu są, młodsi na wcisk urabiają sobie miejsce między nami, starsi kładą się bardziej z brzegu, nasza siedmiolatka obejmuje mnie od tyłu, przytulając się z całych sił. Zawsze tak to się kończy, dzieci szóstym zmysłem wyczuwają nasze chwile bliskości i ściągają całą chmarą by zanurzać się w miłości rodziców, by być częścią całości, która przekracza ich samych, by naprawdę czerpać ze źródła. Dla mnie to są najpiękniejsze chwile, choć czasem w tym dojmującym uczuciu szczęścia jest cicha nuta żalu, że nasz czas tylko we dwoje tak szybko się skończył, ale to życie jest nasze i jeżeli tylko zechcemy odnajdziemy w nim wszystko, czego nam trzeba, dzieci kitłoszą się między nami, ale uścisk naszych dłoni i przelotne spojrzenie daje pewność, że jesteśmy dla siebie.

1 fragment piosenki „Ja kocham Cię” kabaretu OT.TO

Jedna uwaga do wpisu “Macierzyństwo: razem. cz. 6

  1. Pingback: Interludium: listy | TU I TERAZ

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s