Macierzyństwo: chwile.

Robi się coraz cieplej, czapki i szaliki odchodzą w kąt, coraz częściej zbieram się w sobie, by zrobić porządki z garderobą i wymienić ubrania zimowe na wiosenno-letnie, ale z roku na rok mam wrażenie, że okres mojego zbierania się trwa coraz dłużej i dłużej, moja rosnąca tendencja do prokrastynowania pewnych obowiązków trochę mnie załamuje, ale cóż, jest ona zarazem pewną techniką przetrwania, która pozwala mi nie zwariować w zalewie obowiązków. W końcu zdarza się, że pewne obowiązki odłożone w czasie, po prostu stają się niebyłe, jak wtedy gdy nie zmieniliśmy na naszym głównym zegarze w kuchni czasu z zimowego na letni aż do kolejnej zmiany na zimowy. Daliśmy radę przetrwać te pół roku, a przynajmniej zmniejszyliśmy ilość obowiązków. Niestety nie zawsze tak się da, absolutna większość czynności jest do wykonania na już, teraz, bo absolutnie nie wytrzymam ani minutki, aż mi mamo zrobisz kanapkę, poczekaj aż skończę, nieeee, nie wytrzymam i chcąc nie chcąc, muszę wstać, nie omieszkając nigdy się trochę poociągać, choćby przez chwilę, choćby dla samego zachowania poczucia własnej wolności, niezależności i decyzyjności. To ja wstaję, wstaję kiedy chcę, mogę poczekać sekundę albo trzy, ale to musi być moja decyzja, że wstaję właśnie teraz i w mniejszym lub większym tempie dostosowuję się do nie znoszących zwłoki potrzeb moich dzieci. Już czuję pod przyciskami klawiatury ten szyderczy chichot wirtualnych orędowników wszechwolności, ale jak to, że niby wolność to wybór czy przytrzymać przez sekundę czy trzy spełnienie czyjegoś żądania, toż to farsa nie wolność, może i farsa, ale za to jaka dobra. Daje mi ona pełne mocy poczucie sprawczości, z którym liderzy wielkich przedsiębiorstw nie mogą się nawet mierzyć, oraz – co ważniejsze, niewyczerpane źródło komizmu i autoironii. Aż nagle bam, rozbite kawałki talerza wśród resztek kanapki leżące na drodze dreptającego roczniaka, wzywają mnie już bez chwili na odwlekanie, bym rzuciła się ratować sytuację i moja wolność decyzji oraz samostanowienia o sobie pryska jak bańka mydlana, a mnie pozostaje chichot owych wirtualnych szyderców. Ale nic to, życie jest od tego by się z nim mierzyć, a w liczne zwycięstwa muszą być wpisane pewne porażki, więc po sprzątnięciu resztek porcelany, z uniesioną głową wracam do komputera, trzymając się myśli, że teraz na pewno będzie już dobrze. 

Tylko o czym to właściwie chciałam pisać… moje myśli coraz bardziej przypominają strumień świadomości, który faktycznie jest jak rzeka bez odwrotu, mogą biec tylko wprzód i jeżeli po drodze coś wypadnie, to już koniec, nie powrócę do tego może nigdy, może dlatego każda myśl, iluminacja jest dla mnie cenna jak złoto, a może dlatego koncentruję się coraz bardziej na tu i teraz, świadoma, że to co przeminie, znika w pamięci bezpowrotnie. Dlatego są chwile kiedy wszystko we mnie zamiera, patrzę jak w spowolnionym tempie na mojego młodszego syna, który śmieje się do rozpuku, opowiadając mi o śmiesznym wierszyku, który przeczytała mu starsza siostra, patrzę na blask jego błękitnych oczu, jego małe ząbki z jedną, całkiem świeżą szczerbą, i całą swoją istotą wsłuchuję się w jego żywiołowy, nieporównywalny z niczym śmiech; nikt nie śmieje się jak on, całym sobą, tak głośno, że można uszy zatykać, z tym szczególnym gardłowym drganiem. Patrzę i żyję tym patrzeniem, wiedząc, że ta chwila się więcej nie powtórzy, pewna, że zapisze się, nie tyle w mojej pamięci, co w mojej duszy naprawdę wiecznie; pewna że nadejdą dni, gdy będę z nieutuloną tęsknotą wspominała ten moment, ten kąt odchylenia jego głowy, rumień policzków; miłość w tym momencie jest tak bardzo sensualna, smakuję ją wszystkimi zmysłami, zapisuję w pamięci wszystkich komórek mego ciała, by później móc sięgnąć do tego źródła, uczynić wiecznym co pozornie tak bardzo chwilowe. Te chwile stanowią o nas o wiele bardziej niż codzienny pęd i zmagania, niż mniejsze i większe sukcesy, bardziej niż najbardziej szalone życiowe doświadczenia czy podróże; to w nich jest cała istota miłości, ten moment zatrzymania i afirmacji totalnej, który nie potrzebuje żadnych zewnętrznych okoliczności, ani czystej podłogi, ani ugotowanego obiadu, ani najlepszej szkoły, ani wyprawy na drugą półkulę. Największa miłość jest tylko tu i teraz, wystarczy ten akt zwrócenia się ku drugiemu choćby w jednej, krótkiej chwili i bycia całkowicie dla, ten moment jest sam w sobie stwórczy, stwarza nas obydwoje, odnawia w akcie miłości, którą jest Bóg i dlatego mam pewność wieczności tej chwili, która choć w czasie przeminie, to na zawsze będzie miała w Nim swe istnienie. Może dlatego już mnie nie bolą codzienne porażki wychowawcze, zmęczenie ani bałagan, ani tym bardziej pandemiczne ograniczenia, bo wystarczą te chwile, które czynią wszystko nowym, odnawiają nas w miłości i dają moc trwania pomimo przeciwności.

I może dlatego wolę różne obowiązki odłożyć na później, żeby doświadczać więcej takich chwil. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s