Macierzyństwo w krainie baśni

Słońce praży na tarasie, chowamy się w hamaku w skrawku cienia rzucanym przez sosny, w pobliżu pachnącej oszałamiająco azalii. To ten przemiły moment roku, gdy wspólne lektury możemy nareszcie przenieść na dwór. Czytamy właśnie ostatni rozdział Kubusia Puchatka, lato, odwrotnie niż u nas, dobiega w nim końca i Krzyś żegna się ze swoim najlepszym przyjacielem i odchodzi z Lasu, by wrócić do szkoły. To takie dziwne zderzenie, u nas wakacje niedawno się zaczęły, gdy dzieci zdały swoje egzaminy z edukacji domowej na wiosnę i teraz doświadczamy wszyscy nieskrępowanej wolności. A jednak moja melancholijna natura zawsze, nawet u początku tego, co dobre, wybiega ku końcowi, niosąc już w sobie nieokreślony smutek. I nie, nie chodzi tylko o wakacje, nie o tym przecież jest Kubuś Puchatek, ani nie o tym jest Piotruś Pan, którego wcześniej czytaliśmy, nie o tym są też niezliczone baśnie, które zdaje się na próżno próbują zatrzymać czar przemijającego dzieciństwa. Ono przemija i już; Krzyś odchodzi z Lasu i tylko prosi Kubusia by zawsze o nim pamiętał. To nie on, Krzyś ma pamiętać, on zapomni; inni mieszkańcy Lasu już się rozeszli, odchodząc w niepamięć; to Kubuś został i on ma zachować pamięć, a wraz z nim ma ocaleć ulotna kraina dzieciństwa. Nie dziwię się już, że historie o utraconym raju dzieciństwa piszą dojrzali, dawno już dorośli ludzie, ci, do których po latach nagle wraca tęsknota i pragnienie utrwalenia dzieciństwa, może właśnie wtedy gdy widzą jak ich własne dzieci bez namysłu i bez żalu zdają się opuszczać ten baśniowy świat. Mój najstarszy syn czasem, gdy mowa o dorosłości, jeszcze z rozpaczą chwyci mnie wpół, wykrzykując, że nie chce dorastać, że chce, żeby zawsze było tak jak teraz, ale w głębi ducha czuję, że te okrzyki są coraz rzadsze i że wkrótce o nich zapomni, pędząc wprzód, ku światu, który otwiera się przed nim, obiecując swe rozkosze. Może to dziwne napięcie – pomiędzy baśniowością dzieciństwa, krainą, która bądź co bądź nie jest do końca prawdziwa, lecz żyje zasilana siłą dziecięcej wyobraźni, wewnętrznej mocy, a pomiędzy światem rzeczywistych doznań, światem bądź co bądź fascynującym, a jednak trudnym – jest czymś co żyje w wielu z nas, pomimo upływu lat, może to właśnie napędza nas, by w twórczy sposób przeobrażać świat wokół siebie, w nieco naiwnej nadziei, że uczynimy go raz jeszcze pięknym i niezniszczalnym, teraz już naprawdę. To przecież dobre pragnienia, chęć uczynienia świata lepszym, a jednak w ostatecznym rachunku mające swoje ograniczenia i nigdy nie mogące ukoić tęsknoty za na wpół już zapomnianą krainą baśni.

Ja też szukam sposobów jej utrwalenia. Moje własne dzieciństwo żyje już tylko we wspomnieniach, zbyt ulotnych, by mogły ożyć i pozwolić by świat z nich odbudowany otworzył swe wrota dla innych, ale jeszcze mogę zachować na krótką chwilę krainę dzieciństwa moich dzieci, jak w na moment przechwyconym kadrze. Mogę co więcej, dać się w tę krainę na moment wciągnąć, jeżeli tylko zechcę, mogę znów przejść się po ścieżce Baby Jagi albo postrzelać z łuku do niewidzialnych wrogów, nacierających na okopy, powstałe w górce ziemi pozostałej po budowie. W chwilach nostalgii żal mi, że tak naprawdę rzadko chcę, zbyt zajęta koniecznością wyszorowania tarasu czy załadowania zmywarki. Zbyt jestem nudna i dojrzała, by móc tak swobodnie zrzucić z siebie swą dorosłość, jak niepotrzebne ubranie i wskoczyć znów w ten fascynujący świat. Mogę za nim tęsknić i próbować go utrwalać, w słowie, w zdjęciach,  czy choćby przez kilka dni w ustawionych w wazonie konwaliach, które zerwała dla mnie moja córka. Ale czemu przekroczyć samemu granicę tego świata, zanurzyć się po uszy w baśni, czemu to takie trudne? 

Może nie ma odpowiedzi na to pytanie, może właśnie prawdziwa dojrzałość, późniejsza, paradoksalnie bardziej realistyczna od tej, która zachłystuje się światem, polega na tym, by umieć do krainy baśni wkroczyć, by móc zrzucić z siebie pozór powagi, fałszywe przekonania o ważkości swoich obowiązków i mocą dorosłego człowieka ten świat utrwalić… W końcu Zaczarowany Las Alana Milne przetrwał nawet Krzysia, a o rodzinie Llewelyn Davies, dla której James Barrie stworzył Nibylandię nikt już nie pamięta. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s