Macierzyństwo. Uwikłana

Zbliża się lato, a ja pogrążona w świecie swoich zmagań i trosk nawet nie zauważyłam jak minęła ta zima i wiosna, jakbym pędziła w szybkobieżnym pociągu, nie oglądając się na uciekający gdzieś z boku krajobraz. Siedzę na tarasie, szypułkując zakupione niedawno 40kg truskawek; gdyby nie wydatna pomoc całej piątki dzieci (z pominięciem najmłodszego, który dopiero uczy się pełzać), nigdy bym sama nie dała rady tego przerobić i w sumie nie szkodzi, że pomoc tych młodszych najczęściej kończyła się zjadaniem odszypułkowanych tak dzielnie przez nich truskawek; ważne, że ilość tych nieodszypułkowanych się systematycznie zmniejszała. Powoli nadchodzi wieczór, spoglądam na ciemniejący las, dzieci jeszcze skaczą na trampolinie, choć w zimie o tej porze już pewnie szykowaliby się do spania; jest taki błogi spokój, nawet komarów – zazwyczaj nieodłącznego elementu ciepłych miesięcy – o dziwo, brak. Taki mój mały świat marzeń, a jednak siedzę tu i całe moje ciało od wewnątrz – jakby miało jakąś swoistą podszewkę – wibruje ze zmęczenia; w gruncie rzeczy czuję się rozdarta pomiędzy poczuciem spełnienia i rozgoryczenia zarazem, bo gdzieś ze środka mnie wydobywa się jedno wielkie wołanie o wytchnienie, a może nawet jest w tym jakaś chęć ucieczki, nie tyle z mojego miejsca, ale z różnych sieci, które mnie wiążą. Jestem tak bardzo uwikłana w różne relacje – zarówno te dobre, jak i te trudne; zdeterminowana przez czasy, w których żyję – popandemiczne, wojenne, z szybującą inflacją; wbrew sobie wciągana w tyle bezsensownych sporów światopoglądowo-ideologicznych; miotająca się z własnymi ograniczenia i lękami o ciągle nowy dzień jutrzejszy.

A jednak trwam, uwikłana w te zależności.

Jest gdzieś we mnie pragnienie, by urwać się – rozerwać te wszystkie sieci – i odlecieć, jak ptak. Gdybym mogła być ptakiem, na pewno chciałabym być wielobarwnym, jak ara macao, którą kiedyś mieliśmy, a która ostatecznie znalazła nowy dom. W naszym było zbyt ciasno, trzepot jej ogromnych skrzydeł, gdy przelatywała między pokojami budził w ludziach, także w naszym najmłodszym wówczas synu, strach. Może ja też jestem jak ona – czy, żeby być precyzyjnym on, Arni. Skrzydła mojej duszy są zbyt szerokie, nie mieszczę się w sieci, w które chwyta mnie rzeczywistość. Zresztą lubię też intensywne kolory, zwłaszcza barwy podstawowe jak skrzydła i ogon Arniego. Może dlatego, że szukam środków wyrazu, które oddadzą głębię moich przeżyć, głębię ja, intensywność i barwność, która kipi ze środka mnie, a wszystko to, co zewnętrzne próbuje ją tylko zagłuszyć, przemieszać kolory w brzydką, burą breję – jak moje dzieci, gdy brały się kiedyś za lepienie z plasteliny; nie znoszę tego nijakiego, brudnego koloru, który bierze się z pomieszania różnych barw. 

I nagle, oczami wyobraźni, widzę przed sobą tę paskudną breję i wiem, że to nie o mnie jednak chodzi. Nie chodzi mi wcale o to, by wyzwolić siebie, rozpostrzec skrzydła i ulecieć. Jest we mnie zbyt wiele – czego? Szukam słowa, które wyrazi to uczucie, które, obok obrzydzenia swą brzydotą, budzi we mnie szarobura breja przygniatającej mnie rzeczywistości. Chyba po prostu zbyt wiele miłości. I dlatego wciąż trwam.

Trwam dlatego, że chcę. No, może nie wszystko jest moim wyborem – na inflację faktycznie mam niewielki wpływ. Ale w gruncie rzeczy wszystko inne mogę przeżyć w zgodzie ze sobą – nawet wojnę, w tym sensie o ile zaangażuję się w pomoc potrzebującym, która także mi przecież może przynieść radość. I tak jak w pandemii umiałam się cieszyć tym, że jako rodzina mamy dla siebie więcej czasu, że – pomimo tego, że bardzo lubię spotkania w dużym gronie – możemy wreszcie skupić się na sobie i wyciszyć; tak teraz, w trakcie wojny, która dotknęła naszych sąsiadów, pomimo smutku i niepokoju, jaki rodzi tak straszne cierpienie, cieszę się widząc jak bardzo rozlewa się między ludźmi, czasem sobie całkiem obcymi, wzajemna troskliwość i miłość. I rzeczywiście, za okazaną – niewielką w sumie – pomoc, otrzymałam w zamian więcej dobra, niż mogłam sobie wymarzyć. Czy nawet te relacje, które są trudne – w gruncie rzeczy w ich trwaniu widzę więcej dobra niż w wyzwoleniu się od zmartwień, które niosą. 

Pewnych rzeczy nie zmienię, sieci pozostaną sieciami. Pomimo szukania dobra nawet w trudnościach, trud pozostaje trudem. I owszem, z rozpadem więzi społecznych mogę walczyć, dbając o te najbliższe mi więzi, ale muszę pogodzić się z bezsilnością; nie zmienię nikogo poza samą sobą. 

I coraz bardziej jestem zmęczona tym zmienianiem siebie, godzeniem się z nieustanymi trudnościami. I coraz wyraźniej widzę, że to się długo już nie zmieni. Zmagania na tylu frontach wyrywają mnie z mojej codzienności, i nawet jeżeli wiele z nich pozostaje moim wyborem, to nie umniejsza ich ciężaru. Czasem tak bardzo chciałabym, żeby ktoś – poza moim mężem, który mnie wspiera nieustannie – tak po prostu mnie wsparł, bez pytań, bez osądzania. I gdy tak siedzę wpatrzona w ciemniejące powoli niebo, chłód wieczoru orzeźwia zmysły, palce już trochę bolą od wyrywania szypułek – zawsze wolę to robić palcami niż nożem; dochodzę do przekonania, że chyba popełniam fundamentalny błąd. Nieustanie coraz wyżej stawiam sobie samej poprzeczkę, coraz więcej w moim życiu jest ludzi i spraw, które otaczam troską, którymi chcę się zająć, które wzywają mnie do nieustannej aktywności i działania. I nawet nie o to chodzi, że chciałabym, żeby było tego wszystkiego zwyczajnie mniej, do pewnego stopnia nie jest to już możliwe, zwłaszcza, że mam aż szóstkę dzieci; bardziej chodzi o to, że taką samą poprzeczkę stawiam sobie wewnętrznie – muszę coraz bardziej wzrastać w miłości. Ale mocą swej własnej miłości nigdy nie uwolnię się z sieci, w które jestem tak bardzo uwikłana. I gdy po raz kolejny coś idzie nie tak i wszystkie moje nerwy chcą zaprotestować, że, choćby to był drobiazg, ja już dalej nie wytrzymam, to wciąż staram się w relacji z Bogiem trwać w coraz to większym zawierzeniu, że choć brak pieniędzy, inflacja i masa innych spraw, to przecież jesteśmy pod Jego opieką i On nas z tego wszystkiego wyprowadzi. A jakaś część mnie mówi mi też, że już mam dosyć, że jestem zmęczona i te dwie części walczą ze sobą; jest w tym nawet nieco poczucia winy, aż w końcu po tej wewnętrznej walce, gdy niebo już naprawdę ściemniało, a truskawki leżą w misce, teraz już ich nie ruszam, zapatrzona w ciemność pomiędzy drzewami; dochodzi do mnie, że muszę się poddać, że wcale nie chodzi o to, żeby ciągle zwyciężać, pokonywać siebie, być pierwszą w miłowaniu. Ja też pragnę miłości, i choć doświadczam jej w życiu tak wiele, to chyba nie do końca umiem ją po prostu przyjąć. I nagle wiem, że szczególnie w relacji z Bogiem narzuciłam sobie sama ideały wzrastania, wypełniania Jego woli, które już coraz mniej mam sił wypełniać. I dociera do mnie, że to przecież On umiłował mnie pierwszy, to On jest dawcą miłości, także, a może przede wszystkim tej, którą ja staram się obdarzać innych. Bez Niego nic nie mogę uczynić, bez Niego moja miłość prędzej czy później wypali się ze zmęczenia, bo to On jest jej Dawcą, jej Źródłem; to On jest płomieniem, którym ja mam płonąć. Jedyne co potrzebuję, to puścić wolno swoje własne, nierealistyczne wymagania i pozwolić się objąć Jego miłości. Zawierzyć – a to wcale nie znaczy w kolejnych trudnościach zagryźć zęby, wierząc, że On wie lepiej; czasem to znaczy po prostu się rozpłakać i powierzyć Mu – wśród milczenia lasu i ciemności wieczoru – wszystkie swoje troski. 

Ten las, ta ciemność to jestem ja. Wystarczy, że pójdę wprost przed siebie, w mrok swojej duszy by dojść tam, gdzie tylko On może mnie znaleźć i wyzwolić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s